wtorek, 1 września 2015

Rozdział V

1 listopada 1981 r.
                   Nimfadora starała się być grzeczna, ale nie zawsze jej to wychodziła – właściwie to rzadko zdarzały się sytuacje, by dziewczynka umiała się dobrze zachować. Nigdy nie potrafiła się opanować i trzymać buzię na kłódkę, nie dotykać tego czego nie powinna albo iść spać wtedy gdy jej kazano. Nie robiła tego specjalnie, po prostu nie mogła się powstrzymać – to było silniejsze od niej. Otaczały ją same zakazy, a chociaż jej rodzice zdawali sobie sprawę z niesfornej natury córki, to nie byli w stanie pojąć, że mówiąc jej „nie” zachęcają ją do niecnych czynów jeszcze bardziej.
                   Tak było też tej nocy. Mamusia kazała jej pójść spać, po tym jak pijąc gorące kakao oparzyła się i wylała zawartość kubeczka na białą piżamkę. Już dawno mówiła mamie, żeby kupowała jej ubrania w innym kolorze, bo zdaniem Dory biel przyciągała brud i to tylko dlatego musi się męczyć z wywabianiem tych wszystkich plam. O ile to stwierdzenie bawiło tatusia, to mamusi nie było już tak do śmiechu i mówiła, że ich córeczka jest niezdarna i odziedziczyła po nim puchońskie cechy. Mama położyła ją w łóżeczku i wyszła z pokoju, mówiąc, że tata zaraz wróci. Dzisiaj miał pracę do późna i nie mógł ucałować córki w czoło, tak jak to robił każdego wieczora. Wujek Syriusz też się nie pojawił, by przeczytać jej baśń o Włochatym sercu czarodzieja. Nimfadora bardzo ją lubiła – może dlatego, że jej wuj czytał ją w taki niezwykły sposób, że przechodziły jej ciarki po plecach, a może dlatego, że nigdy nie zdradził jej zakończenia, bo mamusia mu zakazała. Ale dzisiaj nie było ani buziaka, ani baśni. Tylko zdenerwowana mamusia, która cały czas patrzyła na zegarek i marszczyła brwi. Nie tylko ona nie mogła usiedzieć na miejscu. Dora czuła w całym swoim malutkim ciele, że dzisiaj coś się wydarzy. W takich sytuacjach nie można siedzieć w miejscu. Syriusz zawsze jej powtarzał, że nie można gromadzić w sobie zbyt wiele emocji i energii, bo się skumulują i mogą rozsadzić człowieka od środka. Dora mu wierzyła, ale mamusia zapewniła ją, że to nie do końca tak działa, bo gdyby tak było to Syri już dawno byłby w strzępach. On wtedy poruszał śmiesznie brwiami i stwierdzał, że jest w jednym kawałku właśnie dlatego, że nie stawia sobie żadnych zakazów.
                   Nimfadora nie chciała spać i nie miała nawet takiego zamiaru, bo bała się, że gdyby zdusiła w sobie to przekonanie, że coś się wydarzy, mogłaby wybuchnąć – to z pewnością nie byłoby miłe. Dlatego wyciągnęła spod poduszki album, który Syriusz dał jej na urodziny. Przez cały rok jej wujek zbierał dla niej zdjęcia, wycinki z gazet i wszelkie inne informacje na temat jej ulubionej drużyny – Tajfunów z Tutshill. Mała Dora marzyła o tym, że kiedyś, jak już będzie duża, będzie grała w tym zespole i dzięki niej zdobędą mistrzostwo. Póki co jednak pozostawało jej jedynie przyglądanie się swoim idolom, bo rodzice nie pozwalali jej latać na miotle.
                   Było już grubo po północy, a nic się jeszcze nie wydarzyło. To nie pozwalało Dorze oczyścić swojej niewielkiej główki z ekscytujących i niepokojących myśli. Usłyszała jakiś hałas, odsunęła od siebie album i na paluszkach wyszła z pokoju. Starała się być jak najciszej, bo wiedziała, że mamie nie spodobałoby się gdyby zobaczyła ją tak późno poza łóżkiem.  Słyszała jak ktoś krzątał się po salonie i jak mamusia pyta się co ten ktoś robi.
- Gdzie jest Dora? – spytał się ktoś, a dziewczynka natychmiast rozpoznała w nim swojego tatusia. Musiał wrócić z pracy, tylko dlaczego był taki zdenerwowany? Jej tata nigdy się nie złościł.
- Śpi – stwierdziła mama, nie wiedząc, że Dora przysłuchuje się ich rozmowie. Mamusia podeszła do tatusia i przytuliła go. – Teddy, co się stało?
- Usiądź, kochanie. Musimy porozmawiać. – Tata posadził mamę na fotelu i uklęknął przed nią, trzymając ją za dłoń. Mamusia wstrzymała oddech i spojrzała z przerażeniem na tatę, który rozglądał się dookoła jakby chciał się upewnić czy nikt ich nie podsłuchuje. – Sama Wiesz Kto zniknął, skarbie. Wojna się skończyła!
- Jak to możliwe?! Naprawdę, Ted? Jesteśmy bezpieczni?
- Tak, kochanie. Nie mamy się już czego bać. – Mamusia przytuliła dłoń taty do swojego policzka, po którym spłynęła łza. Dora myślała, że jest jej smutno, ale chyba się myliła, bo mama uśmiechała się tak jakby wydarzyło się coś dobrego. Jednak tatuś nie uśmiechał się, nadal był czymś bardzo przejęty. – Możemy już być spokojni o Dorę.
- Ted, czy jest coś o czym mi nie mówisz?
- Kochanie, chodzi o Syriusza… - wyznał smutno jej tata. Dora czuła, że wydarzyło się coś złego z jej wujkiem. To było przecież niemożliwe, Syriusz był jej bohaterem, nieustraszonym herosem, który zawsze miał przybyć jej z pomocą gdy się czegoś bała, nie mogło mu się nic stać.  – Syriusz podobno…
- Co się stało wujkowi? – spytała Nimfadora, wyłaniając się ze swojej kryjówki. Wbiła spojrzenie swoich wielkich czarnych oczu w rodziców, czekając aż oni odpowiedzą na jej pytania. Dora była bardzo ciekawa i chciała znać odpowiedź na każde możliwe pytanie, a zwłaszcza na te dotyczące Syriusza.
- Doro, powinnaś już spać – odezwała się po chwili mamusia i podeszła do niej, ale Dora odsunęła się od niej.
- Co się stało z Syriuszem? – Tupnęła mocno nóżką i złapała się pod boki, dając rodzicom tym samym do zrozumienia, że nie ma zamiaru spać dopóki nie powiedzą jej co się stało. – Chcę wiedzieć! Syriusz obiecał, że niedługo przyjdzie.
- Kochanie, ona ma prawo wiedzieć. – Tatuś podszedł do mamusi i objął ją ramieniem. Mama kiwnęła nieznacznie głową, nie spuszczając wzroku z twarzy taty, jakby chciała z niej wyczytać o co mu chodzi. Rodzice usiedli na kanapie, a Dora wskoczyła na fotel i usadowiła się na nim wygodnie. – Doro, chodzi o to, że Syriusz ma teraz dużo pracy. Wiesz o tym, prawda?
- Tak, mówił mi o tym ostatnio i dlatego nie może przychodzić codziennie. – Dziewczynka pokiwała ze zrozumieniem główką, podczas gdy jej rodzice wymienili porozumiewawcze spojrzenie.
- Dokładnie, a teraz Syriusz musi odpocząć – oznajmił tatuś i odchrząknął. – Musiał wyjechać na wakacje, pracował bardzo dużo i teraz ma zasłużony wypoczynek, żeby się zrelaksować.
- Czemu się nie pożegnał? – spytała Dora.
- Bardzo się śpieszył.
- A kiedy Syri wróci z tych wakacji? – Rodzice spojrzeli na siebie, a potem na swoją córkę, która przyglądała się im przekrzywiając z zaciekawieniem główkę. Widać było, że nie wiedzieli co powiedzieć. Często nie znali odpowiedzi na pytanie kiedy Syriusz znowu się pojawi w ich domu. Wujkowi Dory zdarzało się znikać na jakiś czas, ale potem zawsze wracał. Dlatego dziewczynka zeskoczyła z fotela i podbiegła do rodziców, żeby wgramolić się na kolana tatusia i powiedzieć w ten wyjątkowy sposób, w jaki przemawiają tylko dzieci. – Syri wróci.
~*~*~*~
                   Ciepły, czerwcowy wiatr tańczył wraz z długimi brązowymi kosmykami, sprawiając tym samym, że wpadały do oczu  Andromedy, a ta nie mogła spoglądać na ogród, który mieścił się za jej domem. Kolorowy kwietnik był jej marzeniem od zawsze. Wychowywała się w domu, w którym brak było wesołych barw i aromatycznych woni. Wspomnienie jej dzieciństwa nie wywoływało uśmiechu, a jedynie grymas na twarzy, któremu zawsze towarzyszył nieprzyjemny ciężar w okolicy serca. Niewątpliwie brakowało w nim tego ciepła i radości, wypełniających jej nowy dom, dlatego w momencie gdy Andromeda została panią Tonks, zagospodarowała ogródek na swój własny użytek. Zagościły tam wówczas najpiękniejsze kwiaty i krzewy, które swoimi radosnymi kolorami poprawiały humor małżeństwu Tonksów. Mieli oni w zwyczaju siadywać na ławce, ustawionej na niewielkiej werandzie i popijając herbatę, przyglądać się pięknu natury, a później bawiącej się w ogrodzie córeczce. Niestety czasami bywały takie okresy, gdy ten zwyczaj przestał być odpowiednio celebrowany – chodziło głównie o czasy gdy Dora była mała, a oni poświęcali jej każdą wolną chwilę. Jednak teraz, gdy dookoła było spokojnie, a ich dziecko nie wymagało ciągłej opieki, co wieczór spędzali razem kilka chwil, rozkoszując się widokiem kwietnika.
                   Ted pojawił się nagle przy niej, uśmiechając się delikatnie i niosąc dwa kubki, znad których unosił się delikatny dym. Andromeda należała do osób poważnych, właściwie to nie wiedziała czy to jej prawdziwa natura, czy może narzucone jej wychowanie, które wymagało od niej ciągłego opanowania, ale gdy tylko widziała rozpromienioną twarz swojego męża zawsze czuła się o wiele szczęśliwsza i również obdarzała go łagodnym uśmieszkiem. Mężczyzna usiadł koło niej i podał filiżankę z herbatą, a ona nakryła go ciepłym, wełnianym kocem.
- Piękny wieczór – zauważył Ted, po czym upił spory łyk ze swojego kubka, siorbiąc przy tym głośno. Brwi Andromedy automatycznie się zmarszczyły, nadając jej twarzy groźny, niezadowolony wyraz. Jednak po chwili uśmiechnęła się delikatnie i oparła głowę na ramieniu męża.
- Tak, wyjątkowo spokojny.
                   Ted chwycił ją za dłoń i delikatnie ucałował jej wierzch. Robił tak często i nie było to dla nikogo nic dziwnego, ponieważ każdy, kto znał małżeństwo Tonksów, wiedział, że choć różnią się pod prawie każdym względem, niczym woda i ogień, to łączy ich najprawdziwsza miłość, o której wszyscy marzą. I chociaż żyli już razem od dwudziestu czterech lat, to uczucie, które zrodziło się między nimi za młodu, było nadal równie silne co wtedy. Była tylko jedna osoba, którą Andromeda kochała bardziej od swojego ukochanego – jej córeczka, Nimfadora.
                   Największym skarbem jaki posiadali Tonksowie, była właśnie ta młoda osóbka, która wprowadziła do ich życia mnóstwo kolorów i szczęścia. Dromeda zrobiłaby wszystko dla swojego dziecka, chociaż czasami zarzucano jej, że nie okazuje Dorze miłości. Nie można było zaprzeczyć temu, że to Teddy był w ich małżeństwie osobą bardziej emocjonalną i otwartą, a także, że spełniał się lepiej w roli rodzica, jednak nikt nie miał prawa powiedzieć, że pani Tonks nie kocha swojej córki – po prostu nie potrafiła okazywać tego w widoczny sposób. Lata spędzone w jej rodzinnym domu, sprawiły, że zamknęła się w sobie i nauczyła się z sukcesem ukrywać emocje.
                   Wszyscy znajomi zawsze powtarzali, że Nimfadora jest podobna do Andromedy, ale tyko z wyglądu, bo charakter, poczucie humoru i spojrzenie na świat odziedziczyła po Tedzie. Nie była to do końca prawda, chociaż faktycznie Dora i Teddy byli pokrewnymi duszami. Tonksówna urodziła się z bardzo rzadkim talentem – metamorfomagią – dzięki, któremu w zależności od swojego nastroju, chęci i potrzeb mogła zmienić swój wygląd. Nie nadużywała go jednak. Oczywiście od najmłodszych lat uwielbiała się bawić się swoją postacią, modelując się każdego dnia – wyjątkowo lubiła przeobrażać fryzury, codziennie mając inny kolor oraz długość włosów. Zmieniała się również na potrzeby swojej pracy. Na co dzień mimo wszystko utrzymywała podobny wygląd. Nimfadora była młodą kobietą średniego wzrostu, będącą niewiele wyższą niż jej matka, o szczupłej figurze i niezbyt obfitych, kobiecych kształtach. Andromeda doskonale pamiętała, że gdy jej jedyne dziecko przyszło na świat, na jego główce widniała kępka brązowych włosów – jaśniejszych niż te, które sama miała, ale ciemniejszych od czupryny Teda - to był jeden z niewielu momentów, gdy Dora miała swój naturalny kolor włosów. Największą ozdobą twarzy Nimfadory nie był ani zdrowy rumieniec podniecenia, który często się na niej pojawiał, ani wesoły uśmiech, a czarne jak nocne niebo oczy, które niewątpliwie zawdzięczała swoim przodkom z rodu Blacków. Spoglądając na całokształt postaci Tonksówny, nie pasowała ona do rodziny Tonksów, ponieważ było w niej coś niezwykłego i wyróżniającego się, ale również nie odpowiadała ona do rodziny ze strony Andromedy, która nie tolerowała takich absurdalnych pomysłów, jakie Dora miała na swój wygląd. Właściwie to trudno było zaszufladkować Nimfadorę Tonks, bo była ona osobą unikatową.
                   Huk tłuczonej porcelany i trzask jakiegoś przedmiotu, uderzającego o podłogę, w normalnych okolicznościach, postawiłby każdego na nogi, jednak w domu Tonksów takie odgłosy nie wywoływały stanu gotowości. Były one codziennością i domownicy zdążyli się już do nich przyzwyczaić. Bo choć Nimfadora była wyjątkowo zdolna i miała wiele ukrytych talentów, to były one przyćmione przez jej wyjątkową niezdarność, która szła w parze z gadulstwem i niewyobrażalną ciekawością. Koordynacja ruchowa była u Dory na takim poziomie, że gdzie tylko by nie przeszła, coś musiało się zepsuć. Dlatego też każdy niepokojący dźwięk nie robił na Andromedzie i jej mężu wrażenia.
- Dora wróciła – stwierdził Teddy, a Dromeda, która wciąż opierała się na jego ramieniu, westchnęła z rozczuleniem. Nimfadora prowadziła bardzo zabiegane życie młodego człowieka i rzadko widywała się ze swoimi rodzicami. Zazwyczaj wpadała na moment, żeby po chwili wrócić do swoich spraw. Jednak jej rodzice, którzy traktowali córkę ciągle jak małe dziecko, czcili każdą sekundę spędzoną ze swoim dzieckiem.
- Mamo, tato! – Głośny krzyk rozniósł się po całym domu, a tuż po nim trzaśnięcie drzwiami – jednymi potem drugimi. Andromeda i Ted siedzieli w milczeniu, uśmiechając się delikatnie w oczekiwaniu na pojawienie się córki, która po chwili wbiegła na werandę, głośno tupiąc. Dromeda już chciała przywitać się z Dorą, kiedy zauważyła coś nietypowego na jej twarzy. Zmartwienie, rozpacz, ból… – setki emocji mieszały się ze sobą, tworząc na obliczu Nimfadory obraz tragedii, którą niewątpliwie musiała przeżywać.
- Kochanie, co się stało? - Uśmiechy państwa Tonksów zniknęły wciągu jednej sekundy, ustępując miejsca zmartwieniu. Rzadko widywali swoją córkę w takim stanie i nie wiedzieli nawet jak się zachować. Nimfadora spojrzała na nich smutno i spuściła głowę.
- Stało się coś strasznego – oznajmiła i podeszła do drewnianej barierki, żeby się o nią oprzeć. Westchnęła ciężko, spoglądając na kolorowy kwietnik i obejmując się ramionami. Tonksowie zerknęli na siebie. Andromeda wstała z ławki i przystanęła przy córce, gładząc ją delikatnie po ramieniu, mając nadzieję, że tym gestem doda jej otuchy. – Chodzi o Diggorych… właściwie to o Ceda.
- O co chodzi? – spytał Ted, odkładając kubek z herbatą na ziemię. Pochylił się, splatając dłonie i marszcząc brwi i słuchał. Amos Diggory był jego dobrym przyjacielem jeszcze z czasów szkolnych i chociaż już od dawna się nie widzieli, to więź jaka ich połączyła, ciągle dawała o sobie znać, a puchońska natura Teda nie pozwalała mu pozostać obojętnym, kiedy usłyszał, że coś przytrafiło się jego znajomemu.
- Byłam na Finale Turnieju w zamian za Charliego Weasleya i… - Dora urwała, kręcąc głową. Słowa wyraźnie nie chciały jej przejść przez usta. Dziewczyna wzięła kilka głębszych oddechów i z trudem wyrzuciła z siebie trzy słowa. – Cedrik nie żyje.
                   Milczenie zawisło nad nimi, sprawiając, że powietrze stało się tak gęste, iż trudno było nim oddychać. Andromedzie zrobiło się słabo, złapała się balustrady i wstrzymała w płucach powietrze. Nie znała chłopaka od Diggorych za dobrze, widziała go tylko kilka razy w życiu, ale wiadomość o jego śmierci uderzyła w nią z niespotykaną siłą. Z tego co pamiętała był zaledwie kilka lat młodszy od Dory, mógł mieć góra siedemnaście i niemożliwym było, żeby w tak młodym wieku spotkała go śmierć. A jednak…
- Jak to możliwe? – spytała słabym głosem, przyglądając się swojej córce. Ona bliżej znała tego Cedrika, dobrze się dogadywali i z pewnością musiała być to dla niej tragedia, zwłaszcza, że była świadkiem tego wydarzenia.
- Pojawili się znikąd, on i Potter, ale Ced już… - Nie dokończyła. Odwróciła wzrok i wypuściła z sykiem powietrze. – Dopiero po chwili wszyscy się zorientowali. Państwo Diggory, oni byli zrozpaczeni…
- Ale to chyba nie wina Pottera?
- Nie wiem. Nie wiadomo – powiedziała niewyraźnie, przygryzając dolną wargę. Musiała się chwilkę zastanowić czy wypowiedzieć te słowa, które zaprzątały jej głowę od samego finały. – Ale nie sądzę, żeby to był on. Harry był strasznie zrozpaczony. Podobno mówił, że to wszystko wina… Mówił, że Sami-Wiecie-Kto powrócił.
~*~*~*~
                Ministerstwo Magii nie należało do miejsc spokojnych, gdzie można by znaleźć ciszę i ukojenie, które było tak potrzebne pracownikom tej szanowanej placówki. Właściwie kto by szukał spokoju w murach budynku, w którym tętniło serce całego świata magii w obrębie Wielkiej Brytanii. Każdego dnia przez gmach Ministerstwa przewijały się tysiące ludzi, którzy tam pracowali i załatwiali swoje sprawy. Jednak tego dnia liczba czarodziejów, którzy przestąpili próg urzędu była rekordowa i zdaniem Tonks, ktoś powinien to udokumentować. Wydawało się, że wszystko i wszyscy stanęli na głowie, a to za sprawą pewnego nastolatka, który był świadkiem śmierci swojego kolegi i uporczywie twierdził, że najpotężniejszy i najgorszy czarnoksiężnik w dziejach historii, Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, powrócił.
                Prorok Codzienny śledził przebieg Turnieju Trójmagicznego nad wyraz uważnie i z pewnością szukał jakiejś wyjątkowej sensacji w punkcie kulminacyjnym, jakim był finał. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że jakaś afera będzie miała miejsce i walka będzie zażarta, jednak to co miało miejsce poprzedniego dnia, przekraczało wszelkie pojęcie. Tego nawet sam Merlin nie mógłby się spodziewać.
                Wiadomym było już od początku, że w poprzednich Turniejach zdarzały się ofiary śmiertelne, ale zaostrzone zasady miały uchronić wszystkich reprezentantów przed takim haniebnym końcem. Niestety, nie udało się. Jeden z przedstawicieli Hogwartu, Cedrik Diggory, ukończył trzecie zadanie, wydając przy tym ostatnie tchnienie. Była to prawdziwa tragedia, ale sprawę pogorszyły pewne okoliczności, które sprawiły, że Ministerstwo wpadło w szał. Bo przecież wiadomość, że cień ostatniej wojny zawisł znowu nad społeczeństwem, nie mogła rozejść się od tak po różdżkach.
                Nimfadora siedziała w sporej wielkości sali na drugim piętrze w Ministerstwie Magii. Rzadko w niej bywała, ponieważ odbywały się w niej jedynie zbiorowe zebrania całego personelu Biura Aurorów, które organizowane były średnio raz na trzy miesiące. Wszyscy aurorzy zajmowali miejsca dookoła długiego dębowego stołu, mierzącego zapewne jakieś trzydzieści stóp, u którego szczytu pozostawały trzy wolne miejsca. Ciągle czekali na swoje szefostwo. Tonks, siedząca ściśnięta na jednym z rogów stolika, zaczynała się już nudzić wzburzonymi dyskusjami prowadzonymi dookoła niej, ponieważ nie mogła się do żadnej z nich dołączyć. Aurorzy od zawsze dzielili się na tych starszych stażem, którzy raczej stronili od młodzików i ich narwanych ambicji, woląc trzymać się swoich sprawdzonych metod oraz właśnie na niedawno przyjętych, mających świeże spojrzenie na świat i myślących, że są znacznie lepsi od staruchów, którzy już dawno powinni wylądować na emeryturze. Jednak kiedy tego dnia Nimfadora pojawiła się w pracy, zauważyła, że pojawiły się kolejne podziały, które najwidoczniej były ważniejsze niż długość stażu.
Tuż obok Tonks siedziała jej współpracowniczka, Cat Mills – miła, małomówna dziewczyna niewiele starsza od Dory - która, w przeciwieństwie do otaczających ją ludzi, milczała. Nigdy nie lubiła angażować się w rozmowy, które nie dotyczyły bezpośrednio jej osoby. I nawet kiedy jej koledzy z biura kocili Tonks, nie odzywała się, udając, że niczego nie widzi ani nie słyszy. Kilka miejsc dalej, wspomniani znajomi z pracy Tonks, Martin Clark i Josh Bennett, przekrzykiwali się z innymi aurorami, wygłaszając swoje zdanie dotyczące zaistniałej sytuacji.
- Pleciesz głupstwa! – zawołał głośno Clark, celując palcem wskazującym w stronę jednego ze starszych pracowników. – To nie możliwe, a jeżeli wierzysz w te brednie, wygadywane przez jakiegoś dzieciaka, który z pewnością naćpał się jakimiś dragami albo po prostu jest niespełna rozumu, to jesteś skończonym idiotom.
- Dzieciaku, lepiej się przymknij – odpowiedział mu mężczyzna, wyzywany przed chwilą przez Martina, który spoglądał na wszystkich młodzików z wyższością, jaką dawało mu doświadczenie. – Jesteś za młody, żeby pamiętać, jak to było ostatnim razem. Wszyscy się zgodzą, że już kiedy On zniknął, Dumbledore przewidywał, że kiedyś powróci.
- Wszyscy się zgodzą, ale z tym, że Sam-Wiesz-Kto wykorkował i go nie ma, dziadku! – dodał swoje trzy knuty Bennett, podlizując się jak zwykle Clarkowi. Tonks wywróciła oczami i podparła swoją głowę na ręce.
- Josh, nie udzielaj się, jak nie wiesz o czym mówisz – mruknęła, gromiąc chłopaka spojrzeniem swoich czarnych oczu. Ten jednak uśmiechnął się w ten swój zabójczo ujmujący sposób, na który wyrywał wszystkie panny i powiedział:
- Nie zamkniesz mi ust, mała.
- Pewnie ty też wierzysz w te wyssane z palca bajeczki, prawda? – wtrącił się Clark, a Nimfadora miała ochotę potraktować go porządnym upiorogackiem albo jeszcze inną gorszą klątwą. Arogancja tego faceta przechodziła wszelkie pojęcie. Od kiedy Tonks została aurorem i przydzielono ją do biura, które miała dzielić między innymi właśnie z Martinem, ten obrał ją sobie jako cel. Nimfadora nie była jednak słaba i nie dawała się zgnębić, a z czasem nauczyła się nawet ignorować zaczepki czarnowłosego.
- Uspokójcie się, młodzi! – zawołała wysoka, czarnowłosa czarownica o różowych policzkach, którą Nimfadora kojarzyła z tego, że pracowała dwa biura dalej. Wyglądała na jakieś trzydzieści może trzydzieści pięć lat, jednak była o wiele młodsza od ów czarodzieja, który spierał się z przygłupawymi znajomymi Tonks. – Nie jesteśmy tu po to, żeby się kłócić. Zaistniała sytuacja musi zostać opanowana. A my jako aurorzy musimy zadbać o porządek.
- Masz rację, Jones – zgodził się z nią starszy pracownik, uderzając ręką w stół. – Ale niech mnie wezmą do Azkabanu, jeżeli Dumbledore kłamie!
- Doceniam twoje zaangażowanie w sprawę, Jenkins. – W drzwiach pojawił się Rufus Scrimgeour, szef Biura Aurorów, który jak zwykle zjawił się jakby z nikąd, a wraz z nim dwójka jego zastępców. Mężczyzna omiótł swoim posępnym wzrokiem każdą osobę obecną w sali, jakby odhaczał w myślach kto zjawił się na jego wezwanie, a kto nie. Po jego prawej strony stał jego zastępca - Gawain Robards – niski, muskularny mężczyzna w średnim wieku. Rozpoczął swoją karierę jeszcze za czasów wojny i już wówczas piął się po szczeblach kariery w zastraszająco szybkim tempie i wszyscy zgodnie twierdzili, że jest najlepszym kandydatem na stołek szefa. Jednak nikt nie odważył się tego powiedzieć przy Rufusie, który przyzwyczaił się już do władzy. Drugą towarzyszącą Scrimgeourowi osobą był Kingsley Shacklebolt – wysoki czarnoskóry czarodziej o długiej pociągłej twarzy. Jego łysa głowa lśniła prawie tak bardzo jak kolczyk, który zdobił jego lewe ucho. Shacklebolt był podobno jednym z najlepszych uczniów Akademii Aurorskiej w jego roczniku. Oczywiście nie przekładało się to w praktyce, bo Gawain był od niego sto razy bardziej skuteczny. Nimfadora nie znała Kingsleya, to jednak nie przeszkadzało jej w tym by nie darzyć go jakąkolwiek sympatią. Kiedy ktoś pytał dlaczego tak gardzi czarnoskórym aurorem, odpowiadała, że po prostu nie odpowiada jej jego styl bycia i to, że podlizuje się Rufusowi, chociaż w prawdzie to Robards w przymilaniu się do szefostwa bił go na głowę. Taka była wersja oficjalna, bo przecież nie mogła wyznać wszystkim, że nie może ścierpieć widoku tego faceta, ponieważ był odpowiedzialny za śledztwo w sprawie Syriusza Blacka – jej wuja, seryjnego mordercy i obłąkańca, który znany był z tego, że jako jedyny uciekł z najpilniej strzeżonego więzienia, Azkabanu. – Jednak wolałbym, żebyśmy porozmawiali po spotkaniu na osobności w moim gabinecie.
- Oczywiście, szefie. – Jenkins skinął głową i zerknął złowrogo w stronę Clarka, który wydawał się być wyjątkowo zadowolony z tego, że tamten został wezwany na dywanik.
- Dziękuję, że wszyscy przyszliście – zaczął rzeczowym tonem Scrimgeour, kiedy on i jego dwaj towarzysze zajęli swoje miejsca na szczycie stołu. Rufus jeszcze raz przemknął wzrokiem po twarzach obecnych. – Jak już udało mi się usłyszeć, wiecie czego będzie dotyczyć to zebranie. Robards, przedstaw sytuację.
- Chaos jaki zawładnął światem magii jest bezpodstawny. Nie ma żadnego powodu do obaw, jednak nie wszyscy są tego świadomi – zaczął swój wykład Gawain, opierając się rękoma o stół i co chwile wystukując tylko sobie znany rytm palcem. – Wszystkie plotki dotyczące tego, że Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił są kłamstwem. Harry Potter jest zwykłym aferzystom, który rozdmuchał całą sytuację do olbrzymich rozmiarów, tym samym zagrażając bezpieczeństwu całego społeczeństwa.
- No dobrze, ale faktem jest, że ten chłopak nie żyje – zauważył jakiś czarodziej. – Uważasz, że Potter go zabił?
- Nie uważamy tego dzieciaka za mordercę – odezwał się Scrimgeour, który uważnie się wszystkiemu przysłuchiwał, siedząc ze splecionymi dłońmi, a następnie skinieniem głowy nakazał Gawain’owi mówić dalej.
- Właśnie tak – kontynuował Robards. – Potter jest tylko młodzikiem, który pragnie ściągnąć na siebie uwagę prasy, co mu się udaje. Może i wierzy w te brednie, które tak uporczywie powtarza, jednakże nie są one prawdziwe.
- Dumbledore go popiera – powiedział Jenkins.
- Dumbledore jest już stary i jego umysł ciężko przetwarza pewne informacje – wtrącił się znowu Scimgeour, a w całej sali zapanowało milczenie. Nikt się tego nie spodziewał. Każdy mógł obsmarować Pottera, ale nigdy nie zdarzyło się żeby ktokolwiek w taki sposób podważył autorytet Albusa Dumbledore’a. Dyrektor Hogwartu należał do najznamienitszych jednostek w społeczeństwie czarodziejskim i wszyscy liczyli się z jego zdaniem, wierzyli w jego słowa. Przez tego człowieka przemawiała życiowa mądrość i doświadczenie, a także czysta dobroć. Nimfadora wstrzymała oddech. Nie chciała się wychylać przy swoim szefie, który i tak miał ją już na celowniku, ale nie zgadzała się z tym, jak pewnie wielu innych obecnych aurorów. Nigdy nie uwierzy, że Dumbledore mógłby skłamać.
- Więc jak chcecie wyjaśnić tą aferę? – spytał Clark, zaczesując nonszalancko swoje czarne włosy. Scrimgeour spojrzał na niego, unosząc wysoko jedną brew najwidoczniej zdenerwowany zuchwałością chłopaka, ale po chwili przeniósł swój wzrok na Shacklebolta, który odchrząknął i zaczął mówić:

- Wszyscy doskonale wiecie co miało miejsce na finale Mistrzostw Quidditcha. Grupa czarodziejów, podająca się za dawno już wyłapanych śmierciożerców, próbowała zasiać panikę wśród tłumu. Nie wątpimy w to, że mogą mieć wiele wspólnego również z tym wydarzeniem. Doskonale wiecie, że morderca i uciekinier, Syriusz Black, jest szaleńcem zdolnym do wszystkiego. Pamiętacie zapewne też, że zaliczał się do najściślejszego grona wyznawców Sami-Wiecie-Kogo. – Tonks zacisnęła mocno szczękę, z całych sił powstrzymując się przed zmianą wyglądu. Metamorfomagia często uciekała jej spod kontroli i jej postać zmieniała się samoistnie pod wpływem silnych emocji. Niewątpliwie słowa Shacklebolta były doskonałą podstawą do wyprowadzenia Nimfadory z równowagi. Od zawsze była wybuchową osobą, ale nie zawsze mogła sobie pozwolić na ujawnienie swoich emocji, bo to mogło skończyć się krucho. Tak było też i w tym przypadku. Tonks najchętniej przemówiłaby do słuchu tym wszystkich durniom, którzy uważają, że potrafią rozpoznać złoczyńcę z odległości trzech tysięcy stóp, że jej wujek nie jest żadnym przestępcą i skazano go za niewinność, a oni powinni skupić się na prawdziwych zbrodniarzach. Nie mogła tego zrobić, mimo że bezgranicznie wierzyła w brak winy Syriusza i z całego serca pragnęła by nigdy nie został złapany. – Myślimy, że może być zdolny do takich czynów. Głównym zadaniem mojego oddziału jest teraz namierzenie Blacka i schwytanie go. A kiedy to już się stanie, dementorzy złożą mu w prezencie swój pocałunek. 

Rozdział w końcu ląduje w Waszych łapkach, kochani. Z góry muszę przeprosić, bo nie jest on sprawdzony przez betę, ale nie mogłam dłużej czekać. Po prostu musiałam go dodać! Nie wiem czy to wyrzuty sumienia, spowodowane tak długo ciszą panującą na tym blogu, czy może faktem, że jest dzisiaj tak potworny dzień. Doskonale wiecie, co oznacza 1 września i co ta data za sobą niesie. 
Nie będę tutaj składać złudnych obietnic, że postanowiłam się w tym roku wziąć w garść, że chcę się uczyć i poświęcić więcej czasu swojej edukacji, bo... No nie czarujmy się, wszyscy wiedzą, że tak nie będzie! Jednak sam fakt, że będę siedzieć w szkole te osiem czy ileś tam godzin, jest równoznaczny z tym, że nie będę miała tyle czasu na pisanie. Nie mogę, więc obiecać ani nawet przewidzieć kiedy pojawi się kolejny rozdział.
Jednak puki co cieszmy się tym co mamy! Mamy tutaj retrospekcje, domowe zacisze Tonksów i zaognioną sytuację polityczną. Zaczyna się trochę dziać i teraz będziemy wolnymi kroczkami brnąć do przodu. Co się wydarzy w kolejnym rozdziale? Mam już pewien plan, ale muszę go jeszcze dopracować. Planuję również ubłagać AlohomoręTej o nowy szablon, bo ten coś mi szwankuje.
A teraz czas na najlepszą informację!!! Werble proszę!
Pojawiła się pierwsza Karta Postaci! Tam ta dam! Oczywiście, chodzi mi o Tonks. Wystarczy kliknąć na jej imię i nazwisko nad podobizną w zakładce Fatalne Jędze. Muszę Was jednak ostrzec przed czyhającymi spojlerami, które mogą niektórych odstraszyć. Dlatego wchodząc w biografię Tonks, robisz to NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ! 

1 komentarz:

  1. No jest tak źle. Co prawda da się wyłapać kilka literówek czy prostych błędów ortograficznych, ale trzeba się bardzo się uprzeć, żeby je zauważyć.
    Powoli, powoli zaczyna się coś dziać. Znaczy się - zaczyna się wojna. Już nie mogę się doczekać, kiedy wprowadzisz Zakon. Ale nie zarywaj szkoły, żeby pisać. Jednak szkoła jest ważniejsza, chociaż ta świadomość mnie osobiście bardzo boli.
    Mała Dora jest słodka. I chyba poza zdolnością zamiany wyglądu ma też inne talenty - jasnowidzenia. W końcu miała rację i Syriusz wróci.
    Pozdrawiam
    PS. Zapraszam na 80, ostatni rozdział na z-pamietnika-lupina.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń